2012-05-02

Wieża Babel

Do tej pory pamiętam ciągłe powtarzanie nauczycieli, rodziców i innych mądrych głów o tym, że należy uczyć się języków obcych. Pierwszy raz oczywiście usłyszałam to już w szkole podstawowej kiedy trzeba było znać język wielkiego brata zza Buga. Jako, że nie było innego wyjścia i w sumie będąc zmuszoną do pisania bukwami kończyło się SP z dobrą znajomością j. rosyjskiego. Gorzej już było w liceum, oczywiście rosyjski i drugi język obcy czyli ten uniwersalny - angielski. W tym przypadku miałam tutaj mały problem, co pół roku zmieniał się nauczyciel i za każdym razem oczywiście program nauczania był prowadzony od początku, od podstaw i każdy nauczyciel na swój sposób zachwalał i zachęcał do nauki głównie języka angielskiego jako, że jest on najbardziej rozpowszechniony i podobno najłatwiejszy. Oczywiście niewiele można się taką metodą nauczyć stojąc w miejscu i co kilka miesięcy zaczynając wszystko od początku. Wtedy, kilkanaście już lat temu inaczej się do tego podchodziło, człowiek był szczęśliwy, że przynajmniej o ten jeden przedmiot jest mniej do nauki bo przecież od kilku lat tego samego się uczy. Fakt faktem, po skończeniu studiów gdzie angielski był rzecz jasna znowu na poziomie podstawowym trzeba było się dokształcać w inny sposób, w moim przypadku poprzez CB Radio (o tym może kiedyś coś wspomnę. Ci którzy byli na mojej stronie pewnie się domyślą o co chodzi).
Do czego zmierzam pisząc te bzdury?
Na początek zaznaczę, że jest to tylko moje zdanie oparte tym co już zauważyłam. Po pierwsze i ostatnie primo. Język angielski niestety nie jest najbardziej rozpowszechnionym językiem w Europie. Po angielsku na pewno dogadasz się tylko w Wielkiej Brytanii a i z tym może być problem bo tak jak i w PL są różne inne dialekty i odmiany języka. W szkole uczą języka którego ja jeszcze nie spotkałam w UK.
Nie jest tak, że będąc przykładowo w Portugalii, Francji czy w Rzeszy, znaczy się w Niemieckiej Republice swobodnie dogadasz się po angielsku. O co to to nie :D nic z tych rzeczy, osoby z którymi my kierowcy zazwyczaj mamy styczność nie umieją ani słowa po angielsku. Oczywiście pan/pani kupująca rano cieplutkie bułeczki czy rodzina kupująca nowy samochód nawet nie pomyśli o tym co musiał przeżyć kierowca który przywiózł do fabryki ładunek z częściami z których ten samochód powstał, a pracownik ochrony w całkowicie niezrozumiałym bełkocie tłumaczy mu, że to nie ta brama, że przykładowo awizacja jest na jutro czy też to, że jest długi weekend i stój i czekaj sobie... najlepiej jak najdalej od firmy.
Oczywiście nie można generalizować, że po angielsku nigdzie się nie dogadasz bo są chlubne wyjątki ale takie można policzyć na palcach.

O co mi chodzi? Po co to w ogóle napisałam? A tak sobie żeby wszystkim uświadomić, że taki kierowca wcale nie ma lekko, trasa to często nie są wakacje i akurat spośród wielu przeciwności losu które mogą nas spotkać w obcym kraju wybrałam problemy językowe. Są oczywiście sytuacje ekstremalne kiedy możemy a nawet powinniśmy zażądać tłumacza co by nie wpaść w większe g. ale to zawsze wiąże się ze stratą czasu którego w ogólnie pojętym transporcie każdemu brakuje.

Już na koniec małe podsumowanie.
Niechaj sobie osoby postronne wybiją z głowy mit mówiący o bezproblemowym porozumiewaniu sie na terytorium Europy w języku angielskim a kierowcy niech zaczną uczyć się wszystkich języków którymi posługują się ludzie w tzw. "Zjednoczonej Europie".
Życzę wszystkim powodzenia i trzymam kciuki za owocną naukę, ja pozostanę przy swoim rosyjskim i angielskim. Do zobaczenia na szlaku :)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz