Końcem lutego jechałam sobie niemiecką A11. Autostrada jak to autostrada, tym bardziej niemiecka, gdzieś pomiędzy Szczecinem a Berlinem nie oferuje zbyt ciekawych widoków za oknem, tym bardziej zimą. Mając dość duży zapas czasu jechałam sobie za kilkoma ciężarówkami z PL i D.
Nie wiem jak to jest i dlaczego ale nie ma w Europie drugiego takiego kraju gdzie po przekroczeniu granicy poziom stresu, adrenaliny i niewiadomo jeszcze czego podskakuje do górnych granic, niejednokrotnie przekraczając normy ustalone przez naturę. Szkoda tylko, że państwo Niemieckie nie leży gdzieś na wschód od PL ewentualnie nie jest wciśnięte w granice Portugalii. Wtedy jazda była by miła i przyjemna na wszystkich szlakach którymi uczęszczam. Odwiedzałabym niemiaszków może jeden, dwa razy na pół roku. Niestety, mamy takiego sąsiada i trzeba jakoś z tym żyć, trzeba uznać, że stres który ogarnia większość driwerów jeżdżących po D jest wpisany w ten "styl życia".
No więc ślimaczyłam się tak spokojnie pokonując kolejne kilometry niemieckiej ziemii aż wyczulone wtedy na kolor zielony oko wyświetliło w mózgu sylwetkę zielonego radiowozu. Pierwsza myśl była taka, że to tylko Polizei, chłodno jest i pewnie nie będzie chciało im się ruszać z miejsca a jeśli już to pewnie zatrzymaliby któryś z zestawów jadących przede mną Płonne były moje nadzieje, chwię po ich minięciu zobaczyłam w lusterku jak zawzięcie zbliżają się w moim kierunku. Poczułam się jak zwierzyna łowna ale jeszcze miałam nadzieję, że pojadą dalej przed siebie... Bańka pękła szybciuteńko, wcisnęli się przedemnie (generalnie stwarzając zagrożenie) i upolowali. Opadałam na ziemię z ogromną prędkością w momencie kiedy wyświetlił się napis "Bitte folgen, Follow me"... Wiele słyszałam o ich kontrolach ale jakoś do tej pory miałam to szczęście że mnie omijały. Do czasu, kiedyś musi być ten pierwszy raz. Jechaliśmy tak kilka kilometrów do pierwszego parkingu na którym rozpoczęła się moja pierwsza niemiecka kontrola policyjna. Pierw sprawdzili stan ładunku, stan samochodu i już myślałam, że nie będą "TEGO" chcieli, że nie zapytają o "TO", ale zapytali ;( Kiedy w potoku całkowicie niezrozumiałych słów usłyszałam to jedno słowo - "TACHO", wiedziałam już, Że fajnie to już był, że prędko z tąd nie wyjadę. Do tej pory pamiętam ich miny kiedy im powiedziałam, że nie mam. Prosto z mostu walę im w pysk, że nie mam TACHO, no i oczywiście przykleili się o jego brak bo samochód z 2010 powinien takowy posiadać. Tłumaczyłam im w międzynarodowym języku który podobno każdy na zachodzie zna, że w POLSCE NIE JEST TO WYMAGANE tylko u nich jest taki chory przepis mówiący że samochód ciężarowy zaczyna się od 2,8t. Udałam głupią, że niby o tym nie wiedziałam więc wypisali mi jakiś zielony świstek (po niemiecku) w którym nie ma wypisanej żadnej kwoty w €, w dodatku nic im nie podpisywałam i sobie pojechali. Uznałam że zostałam pouczona w języku którego absolutnie nie znam i nie mam ochoty poznawać więc szczęśliwa, że tak sie to tylko skończyło również pojechałam. Szczęście trwało do wczoraj kiedy odebrałam telefon od mamy, która (jak to każda matka) z lamentem zadzwoniła, że co ja znowu takiego zrobiłam że Niemcy mi mandat przysłali? W tym momencie poczułam się jakbym dostała obuchem przez łeb, nogi mi się ugięły i flash z tamtego zdarzenia przeleciał mi przez głowę. Jak już pisałam, nie znam niemieckiego ale wtedy wywnioskowałam z ich wypowiedzi, że mandat w wysokości 250€ to ja zapłacę, ale przy następnej kontroli jeśli dalej nie będę miała Kontrollbucha.
Jak przyjdzie priorytet od mamy to będę wiedziała na ile policzyli sobie tą kontrolę. Pewnie jest jakaś droga odwoławcza, ale to będę załatwiała jutro jak już będę wiedziała jaką część mojej wypłaty pomioty hitlera chcą sobie przywłaszczyć w imię swoich pokręconych przepisów...
To jest świstek który dostałam od pana niemieckiego policyanta.